Kontrast:
Rozmiar czcionki:

Polityka dla mnie wzięła się z ulicy. Z warszawskiej al. Niepodległości, na maleńkim jej odcinku, między Odolańską a Dąbrowskiego. Kilkadziesiąt metrów. To był wrzesień 1963. Rozpocząłem właśnie naukę, jako „wcześniak”, w VI liceum im. Tadeusza Reytana na sąsiedniej uliczce – Wiktorskiej. Szedłem do szkoły, kiedy minęła mnie czarna limuzyna – radziecki ZIM. Brzydki, ale dostojny. Ze srebrzystym grillem. Z tyłu zamiast tablicy rejestracyjnej przymocowana była do zderzaka spora prostokątna tablica centralnie zakrywająca kawał kufra. Było to godło Polski. Jarmarcznie wyglądało. Karmazynowy ptak pośród PRL’owskiej szarości. Była też tam chyba na prawym przednim błotniku flaga, taka sztywna, ale może zmyślam. Nie pamiętam tej flagi. Pamiętam, na tyłku auta, polskie godło. I pamiętam niestosowność. Słowo honoru! Tak zapamiętałem to króciutkie zdarzenie sprzed więcej niż pół wieku. W aucie był, musiał być, Aleksander Zawadzki, przewodniczący Rady Państwa. Miałem trzynaście lat. Już się znaliśmy.
Może rok, może rok i pół roku wcześniej, odwiedził Polskę prezydent Meksyku Adolfo Lopez Mateos. Jak na polityka, odwiecznie rządzącej w Meksyku Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej, był raczej lewicującym prezydentem. Wyjątkowym. O czym wówczas nie wiedziałem. Ale, kiedy po latach opowiedziałem o swoim dziecięcym spotkaniu z ich prezydentem studentom Monterrey Tech. University na kampusie w San Louis Potosi, gdzie w kwietniu 1999 roku spędziłem czarujący tydzień wykładu i spotkań ze studentami master business administration opowiedzieli mi o nim. Z sympatią. Dla ich rodziców był jak Kennedy i Carter w jednym. Zabawne. Tam studiowały dzieci bogaczy.
Kiedy prezydent Stanów Zjednoczonych Meksyku, Lopez Mateos odwiedził Polskę byłem uczniem szkoły podstawowej nr 85 na ul. Narbutta 14 im. Benito Juareza, XIX-to wiecznego bohatera walk o niepodległość Meksyku. Mateos odwiedził moją szkołę. Udawaliśmy, że mamy w programie naukę hiszpańskiego. Ja, z jakąś dziewczynką, witałem go jako uczeń. Nie wiem dlaczego. Nigdy nie byłem prymusem. Nie byłem specjalnie wysoki ani ładny. Tylko szybko biegałem. Może nawet najszybciej w szkole. Chyba dlatego wyznaczono mnie do tej roli. Nie mogło być innych przyczyn.
Zapamiętałem dwie rzeczy. Nie miałem przepisowych granatowych spodni. Miałem błękitne spodnie. Wstydziłem się tego bardzo. Wszyscy chłopcy mieli granatowe spodnie i wszystkie dziewczynki miały takie spódniczki. Niektóre plisowane. I drugą rzecz zapamiętałem. Że on był dla mnie bardzo miły. Tłumacze byli co prawda dla prezydentów, a nie dla dzieci, ale czułem, że to jest gość. Zupełnie inaczej było z Aleksandrem Zawadzkim. Sztywny, mały, żółty i woskowany na twarzy. Dzisiaj wiem, że umarł rok później.
No i rok, albo rok i pół roku później ta limuzyna z pasażerem z woskową cerą, Zawadzkim. Udrapowana w narodowe godło. Nie wystarczyła chorągiewka, trzeba było, na dupie umieścić godło. Mojego Kraju. Tak to czułem. Więc nie przepraszam. Była to uzurpacja. Dla mnie, wychowanego w innej poetyce.
Prezydent Andrzej Duda „zaprasza” do siebie minister spraw wewnętrznych. Od miesiąca i pół miesiąca nie spotykając się, mimo jej umizgów, z panią premier (żadne ze słów nie jest przypadkowe, każde wyraża ważne emocje). Po chwili widać, że wzywa minister, by ją obsztorcować. Nie miejsce tu na meritum. PiS czy PO/PSL ma rację. Idzie o Konstytucję. I dobre obyczaje.
Ja akurat jestem z tych, którzy uważają, że prawo jest opoką. Ale bez obyczaju mało wartą. Ludzie, albo wiedzą co wypada, albo nie wiedzą. Jeśli używam „słów”, to zawsze z rozmysłem. Nigdy jako przecinka. I ze świadomością tematu oraz osób. Prezydent Duda nie respektuje Konstytucji. Kwestie polityki wewnętrznej, jeszcze bardziej niż zewnętrznej, to domena rządu.
Jest dobrym obyczajem, że żaden obywatel nie odmawia zaproszeniu przez prezydenta. Prezydent to prezydent. Wybrany a nie mianowany. Nie odmawia się zaproszeniu przez prezydenta.
Jeśli to jest zaproszenie. Bo jest jeszcze Konstytucja. W referendum narodowym przyjęta. Pan prezydent Duda, czując i wykorzystując swój mandat, w tej jednostkowej sprawie, chyba zapomniał o tym. Rządzi rząd. Nie Bóg i nie Historia go rozliczają, lecz wyborcy. Obawiam się, i mam jednocześnie nadzieję, że go nie rozliczą. W wyborach nie udzielą absolutorium. Powiem szczerze – marzę o zasadniczej przebudowie. Nie w takt smyczka Kukiza. Ale póki co, prezydent Duda nie rządzi. I Konstytucja nie daje mu prawa do rządzenia. On ma stabilizować. Ubezpieczać. Tonować. Ma istotne dla tej misji instrumenty. Niechaj z nich korzysta. I niech się powściągnie. Za chwilę może wygrać PiS. Chce płacić wszystkie rachunki jego ewentualnych szaleństw? Chce mieć Macierewicza za super nadzorcę? Musiałby być głupi. Prezydent nie może być taki. Nie mojego państwa.
Dobrym obyczajem jest, ze żaden obywatel prezydentowi nie odmawia. Jednak, minister, nie ponad premierem.
Dopóki Duda tego nie zrozumie, nie wczyta się w Konstytucję, nie zapyta żony i teścia o savoir vivre, niech nie rości sobie. Nikt uczciwy, w sprawie Polski, jej niepodległości, obywatelskich praw i wolności, nikt z nazwiskiem z nim nie wejdzie w alianse. Będzie na zawsze prezydentem PiS’u.

Andrzej Celiński
Przewodniczący Parii Demokratycznej,
Kandydat do senatu

Udostępnij znajomym










Submit

Zostaw komentarz

facebook